|
|
Tajlandia
(25-26.9.2011 i 17-18.10.2011)
Na pierwszy plan podczas pobytu w Bangkoku rzucają się oczywiście
takie rzeczy jak klimat (gęste 30 stopni przeplatane deszczami o sile
mocnego prysznica), stan czystości (w większości miejsc całkiem
zadbane chodniki i ulice, pojawiające się gdzieniegdzie ekipy
sprzątające czy malujące budynki) i oznaki bogactwa. Z racji moich
doświadczeń porównywać mogę Tajlandię do pobliskich krajów jak Indie,
Nepal czy teraz także Birma i szybko można dojść do wniosku, że jest
to najbogatszy spośród nich kraj. Nowe samochody, reklamy, brak
rzucającej się w oczy biedy czy żebraków, w tle dzielnica finansowa z
drapaczami chmur, "cywilizowana" organizacja ruchu ulicznego (światła,
brak wszędobylskiego w biedniejszych krajach zgiełku klaksonów
używanych bardziej jako sygnalizacja "uwaga jadę" a nie upomnienia, co
było regułą w Nepalu, Indiach, Maroku czy nawet Peru) i dobrze ubrani
miejscowy. Te obserwacje dotyczą zarówno części oblężonych przez
turystów, których zdecydowanie nie brakuje, jak i miejsc właściwie
wyłącznie uczęszczanych przez miejscowych. Ulice urządzone pod
"białasów" są pełne życia, z punktami oferującymi tajski masaż
(skorzystałem dwa razy, jest to rozciągający masaż całego ciała,
świetna sprawa), straganami z bardzo dobrym jedzeniem z makaronu i
różnych warzyw / mięsa (wiele potraw wcale nie jest ostra tak jak się
spodziewałem) i pamiątkami, jednak nigdzie handlarze nie są natarczywi
i nie próbują na siłę wcisnąć turyście badziewia, poprzestając na
normalnym zwróceniu uwagi na swoją ofertę.
Zwiedziliśmy kilka punktów w Bangkoku, m.in. Pałac Królewski z bardzo
"odblaskowo" wykończonymi świątyniami. Obejrzyjcie zdjęcia, ale na
mnie ta forma estetyczna zrobiła bardziej wrażenie kiczu niż
autentycznego bogactwa, choć wiele jej elementów jest z prawdziwego
złota, srebra i drogich kamieni. W każdym razie całość robi dość duże
wrażenie, choć kolorystyka nieco razi jest w tym jakiś monumentalizm.
Byliśmy też u ogromnego leżącego buddy i w kilku pobliskich
świątyniach. Potem udaliśmy się do China Town, którego wąskie uliczki
z rojącymi się straganami, towarami i kupującymi potrafią przyprawić o
zawrót głowy. Popołudniu zaś ja wykonałem indywidualną wyprawę do
ambasady polskiej, w celu wypełnienia korespondencyjnego pakietu
wyborczego, którego przygotowanie dla mnie załatwiałem jeszcze z
Polski przez telefon. Ta wycieczka była bardzo ciekawa - z China Town
pojechałem metrem, a dalej piechotą poszukiwałem biurowca z naszą
ambasadą. W metrze obserwowałem trochę inny świat niż na bardziej
turystycznych ulicach przedtem - co ciekawe wszystko tu wyglądało
bardziej... bogato i luksusowo. Samo metro to inwestycja sprzed kilku
lat, więc wygląda naprawdę nowocześnie, w środku zaś większość
podróżujących to zokcydentalizowana ludność w eleganckich (przeważnie
codziennych, ale czasami też garniturowych) ubraniach o zachodnim
kroju, z biżuterią i gadżetami nowoczesnej techniki. Po wyjściu z
metra szedłem przez i wzdłuż bardzo ruchliwych wielopasmowych ulic (w
Bangkoku podobno jest około 5,5 miliona samochodów) aż w końcu
doszedłem do biurowca pod podanym adresem. Ten zaś zgodnie z
oczekiwaniami był przykładem chyba częstego w Bangkoku wejścia
cywilizacji zachodniej, wszystko nowoczesne, klimatyzowane i ładne.
Niestety tego dnia pocałowałem klamkę, bo dotarłem chyba około 16:45
do ambasady i zobaczyłem zamknięte drzwi, pogaszone światła i
plakietkę, że otwarte jest do 16:15... Trochę się wkurzyłem, ale
wiedziałem, że mam jeszcze czas następnego dnia tu przyjechać i
rozpocząłem powrót do odległej o 12 km dzielnicy, w której mieliśmy
hotel. To też była ciekawa przygoda, próbowałem wziąć taxi, ale żadna
nie chciała jechać wg taksometru (zapewne przewidując ogromne korki o
tej porze), więc uzbrojony w telefon z GPSem i ściągniętą mapą
Bangkoku oraz instrukcjami z Google'a jak trafić na miejsce ruszyłem
środkami publicznego transportu. Przypomniały mi się klimaty z
jeżdżenia autobusami w Limie, choć wtedy mieliśmy ze sobą Polaka,
który tam mieszkał, a tutaj kontrolowałem gdzie jestem własnymi
środkami. Miasto zatłoczone, ale autobusów jeździło sporo i nie było w
nich ścisku, nic tylko obserwować lokalnych ludzi i życie na mijanych
ulicach. Ostatnią część powrotu do hotelu zrobiłem 45 minutowym
spacerem po części też częściami miasta raczej nieodwiedzanymi przez
turystów.
Następnego dnia mieliśmy jeszcze rejs łodziami po kanałach Bangkoku
obserwując już wyraźnie biedniejsze domostwa położone na brzegu.
Mijaliśmy kilka świątyń, ale ogólnie nie było to szczególnie ciekawe.
Po powrocie grupa przygotowywała się do wyjazdu na lotnisko by lecieć
już do Birmy, ja zaś zrobiłem drugie podejście do głosowania.
Zachęcony wczorajszymi podróżami autobusami miejskimi znów wybrałem
taką formę transportu. Pierwsza linia zabrała mnie bez problemu tam
gdzie chciałem przesiąść się na drugą, ale od tego momentu natrafiłem
na pewne problemy. Wiedziałem wg danych o autobusach, GPSa i mapy jak
mam jechać, niestety zawiodła komunikacja z obsługą autobusu - nie
udało mi się przekonać kasjerki, że właśnie tym autobusem muszę
jechać, choć pokazywałem na mapie musiała myśleć że chcę dojechać
gdzieś indziej i usilnie domagała się, abym wysiadł i znalazł lepszy
autobus. Podobna historia powtórzyła się w następnym autobusie na tym
kierunku, do którego wsiadłem po chwili. Na szczęście w trakcie tych
prób przejechałem już na tyle dużo, że cel był w zasięgu przejścia
piechotą, co uczyniłem. Na miejscu musiałem poczekać na panią konsul,
która była akurat na obiedzie, następnie otrzymałem od niej opiernicz,
że miałem przyjechać wczoraj i że ona już nie może mi przekazać
pakietu wyborczego. W końcu stanęło, że pokwitowałem odbiór z datą
wczorajszą, gdyż do wtedy oficjalnie powinny były być rozesłane
pakiety i zagłosowałem. Następnie udałem się na stację kolejki
powietrznej, która zawiozła mnie na lotnisko. Po drodze natrafiłem na
jeszcze jeden smaczek, mianowicie w pewnym momencie policja
zablokowała całe wielkie skrzyżowanie i kilkanaście pasów ruchu z
każdej strony. Po chwili oglądałem przejazd eskorty samochodów i kilku
limuzyn, którymi jak nasz przewodnik określił później wg koloru,
pewnie jechała królowa.
W tym momencie nastąpiła 3 tygodniowa przerwa na wyjazd do Birmy, z
której wróciliśmy znów do Bangkoku. Go opiszę osobno, tutaj zaś
skończę o części tajlandzkiej. Po Birmie wszyscy rzucili się na
smakowitą (szczególnie w porównaniu) kuchnię tajską, niestety jednak
program wycieczki nam się popsuł, gdyż w między czasie Tajlandię
nawiedziły powodzie. Sam Bangkok jeszcze się trzymał, gdzieniegdzie
widać było poustawiane worki z piaskiem, ale dawna stolica Syjamu
Ayutthaya została zalana powodując spore straty i naturalnie
uniemożliwiając nam jej zwiedzenie. W zamian odwiedziliśmy świątynię
na "złotej górze", a wieczorem udaliśmy się na oglądanie nocnego życia
Bangkoku w dzielnicach rozkoszy, pomiędzy którymi jeździliśmy
tuk-tukami, czyli moto-rikszami, co samo w sobie było fajnym
przeżyciem. W Bangkoku jest kilka ulic czy rejonów mniej lub bardziej
zdominowanych przez strip cluby, w których można znaleźć zarówno
dziewczyny, chłopców, jak i osobników o nie do końca zdefiniowanej
płci. Byliśmy na kilku showach o różnej specyfice, od pokazów
manipulacji przedmiotami za pomocą mięśni Kegla, przez oglądanie
całych rzesz "lady-boyów", tzn. facetów przemienionych w kobiety za
pomocą hormonów i chirurgii, po bardziej miłe poczuciu estetyki tańce.
Przechodziliśmy też przez dzielnicę, która przeznaczona było tylko dla
ludności azjatyckiej (Chińczyków, Koreańczyków, itp.), tzn. mogliśmy
jedynie przez nią przejść, ale nie wchodzić do żadnego z klubów.
Formy, które tam widzieliśmy przypominały japońskie kreskówki, np.
przed jednym z klubów było kilkanaście dziewczyn ubranych w kuse
uniformy pielęgniarek, przed innym uczennic, itp.
Następnego dnia z już bardzo niewielką częścią grupy (jednym gościem i
przewodnikiem) udałem się na wyjazd odwiedzić "pływający rynek", a
potem do Kanchanaburi i świątyni tygrysa. Fajnie było dotknąć tygrysy,
ale ogólnie dzień był raczej mało atrakcyjny. Wreszcie wieczorem
udaliśmy się na lotnisko i z powrotem do Europy.
|
Birma
(27.9.2011-16.10.2011)
Moje główne wrażenia po wyjeździe do tego kraju to zadziwienie
kontrastami wpisanymi w tamtejsze społeczeństwo, jak również poczucie
symetrii z sytuacją Polski sprzed kilkudziesięciu lat. Poza tym
oczywiście wspomnienia pięknych miejsc, ciekawej kultury, ludzi, a
także obserwacje dotyczące biedy i sposobu radzenia sobie z nią.
Zasadniczo muszę powiedzieć, że Birma nie jest tak biedna jak miejsca,
które zdarzało mi się widzieć jak Indie czy niektóre części Nepalu.
Oczywiście infrastruktura i ogólny stan miast jest najczęściej w
opłakanym stanie - blokowiska nieremontowane od dziesiątek lat,
gnijące śmieci walające się obok dziurawych ulic (w nocy piesi
bezpieczniejsi są idąc środkiem szosy obok samochodów, niż przy i na
chodniku, gdzie wpadliby w jakiś wielki dół lub kałużę), brak lub
znikome oświetlenie ulic, wyłączenia prądu. Ten stan, wynikły zapewne
z obranych przez wojskową juntę celów dystrybucji pieniędzy (głównie
na wojsko) i ograniczeń w handlu z większością krajów (nota bene Chiny
i Tajlandia ignorują embarga narzucone przez resztę świata, dzięki
czemu mają tam ogromne wpływy i siłę monopolu), to pierwsza rzecz,
która mnie uderzyła po przyjeździe i w połączeniu ze świadomością
represji politycznych, z których słynie Birma, wprowadziła w ponury
nastrój. Po pewnym czasie jednak zaczyna się zauważać, że ludzie jako
tacy radzą sobie, nie spotyka się skrajnej nędzy, mają porządne
ubrania, na wsi tropikalny klimat pozwala im normalnie żyć (nawet
jeśli są to bambusowe chaty), nie ma głodu. Jest też oczywiście trochę
bogactwa w postaci willi, super samochodów, itp. ale ponoć jest to
własność warstwy społeczeństwa powiązanej z rządem i juntą.
Nie jednak różnice między warstwami społeczeństwa są takie
kontrastowe, lecz między miejscami kultu a otaczającymi je warunkami
życia zwykłych ludzi. Religijność wyraźnie wpisana jest w życie
mieszkańców, z faktografii Birmy można się dowiedzieć, że każdy
mężczyzna musi kilka razy w życiu spędzić pewien czas w klasztorze, a
krajobraz zaludnionych części kraju prawie non-stop zdobią złote
kolory jakiejś stupy. Większość z nich jest dobrze utrzymana, mieni
się jeśli nie złotem, to świeżą złotą farbą, a wewnątrz nieodzownie
zadbany posąg Buddy. Tradycją jest przyozdabianie czczonych symboli
prawdziwym złotem i drogimi kamieniami - Birmańczycy kupują cieniutkie
plasterki tego metalu (warte pół do kilku dolarów), które naklejają na
posąg Buddy. Taka forma czci jest może dla nas nieco na wyrost, ale
jakoś zrozumiała, natomiast niewątpliwie w zestawieniu z relatywnym
ubóstwem i bardzo złym stanem infrastruktury codziennego użytku daje
dużo do myślenia. Nieraz spotkaliśmy się z tym, że danego dnia jakaś
wieś zbierała jałmużnę przeznaczoną na świątynię od przejeżdżających
przez nią ludzi. Podobnie zastanawiająca jest relacja między mnichami
a resztą społeczeństwa - wg birmańskiego odłamu buddyzmu (therawada)
tylko mnisi są w stanie doznać oświecenia i robią to w zasadzie dla
siebie, nie aby jakoś wspomóc innych członków społeczeństwa. Jednak
ich utrzymanie jest zasadniczo w całości oparte na okolicznych
mieszkańcach, którzy ich karmią i łożą na świątynie. Biorąc pod uwagę,
że mnichów jest w kraju jakieś pół miliona, jest to pewne obciążenie.
Dalej idąc ścieżką porównania sfery religijnej i społecznej,
generałowie, którzy wprowadzili dość surowy porządek w kraju jak
najbardziej wpisują się w lokalny buddyzm, ich zdjęcia przychodzących
z ofiarą są wywieszone nad wejściem większości świątyń, sami fundują
budowę wielkich stup, radzą się mnichów w różnych decyzjach
państwowych, w końcu zgodnie z tradycją sami swego czasu byli w
klasztorach mnichami. Bardzo interesujące było przyjrzeć się jak te
światy się mogą przenikać i jakie przyjmować dla ludzi priorytety.
Drugi efekt, który w miarę wyjazdu coraz bardziej rozbrzmiewał w mojej
świadomości to podobieństwo na pewnym poziomie do Polski
komunistycznej jako kraju stłamszonego przez władzę, odizolowanego a
jednak pełnego życia. Najczęściej czuje się tam duży potencjał, a
jednak odcięcie od globalnej cywilizacji zatrzymało kraj w pewnym
zawieszeniu. Nie jest to jednak wg mnie ogromna różnica wobec tego co
osiągnęły pobliskie kraje, ale niski stopień westernizacji jest
faktem. Dla wielu turystów jest to wspaniała cecha "czystej" kultury
niesplamionej tandetą i płaskością, ale ja to widzę przede wszystkim z
perspektywy czasów mojego dzieciństwa, kiedy Polska była w równym
stopniu wolna od "zarazy". Teraz czuliśmy się w Birmie chyba jak
Niemcy odwiedzający Polskę w latach 70tych czy 80tych, a przynajmniej
kojarzyło mi się wiele schematów - waluta kupowana w imieniu wycieczki
przez przewodnika na czarnym rynku; bary ze skromnym wyborem
lokalnych potraw w ogóle nie robione "pod turystę"; z kolei hotele
wręcz przeciwnie, przyjmujące płatności tylko w dolarach zaś poziomem
oddające powiedziałbym sposób, w jaki ludzie nieznający luksusu
wyobrażają sobie luksus; w końcu kontrola przemieszczania się, co
kilkanaście kilometrów na drogach poza miastem był posterunek wojskowy
zatwierdzający listę podróżnych w naszej grupie (na szczęście,
właściwie zawsze było to tylko spojrzenie, najczęściej pobranie
jakiejś opłaty od kierowcy i jechaliśmy dalej). Wobec takiego klimatu
pojawia się natomiast poczucie potencjału i dokonująca się praktycznie
w tej chwili transformacja. Może to być trochę przedwczesne wrażenie,
bo niby coś w Birmie się zaczynało zmieniać już w 1990 (wolne wybory,
których wynik został odrzucony przez juntę), 2007 (manifestacje, w
które włączyli się poważani przez całe społeczeństwo mnisi stłumione
przez wojsko) czy 2010 (wybory parlamentarne, w których jednak nie
mogło wziąć udziału większość opozycjonistów, gdyż mieli za sobą
więzienie... polityczne). Teraz jednak co chwilę pojawiają się kolejne
pozytywne zmiany - zdjęcie aresztu i dopuszczenie noblistki Aung San
Suu Kyi do obrad parlamentu, wypuszczenie 6000 więźniów politycznych,
i ledwie kilka dni temu zalegalizowanie i umożliwienie udziału w
wyborach partii Aung San. Wydaje się, że przywódca junty generał Thein
Sein przemianowany niedawno na prezydenta dąży to polepszenia
stosunków z Zachodem i zmniejszenie wpływu Chin - podczas naszego
wyjazdu podjął decyzję o anulowaniu ogromnej inwestycji w elektrownię
wodną, której produkcja miała w większości iść do "wielkiego brata", a
przeciw której walczyła partyzantka lokalnego ludu Kaczin.
Czas pokaże jak to się potoczy, na pewno są tutaj zupełnie inne
uwarunkowania kulturowe i geopolityczne, ale dla mnie wszystko to
dawało poczucie przeniesienia w czasie do stanu wojennego,
Solidarności i właśnie zaczynającej się zmiany.
Jeszcze nawiązując do kontrastów, zadziwienie wzbudza konfrontacja
historii Birmy i pozostałych po potężnych imperiach przeszłości
zabytków (tysiące świątyń, wśród nich te monumentalne jak mierzący
100m Shwedagon) oraz kultury (np. tradycyjne tańce opiewające losy
wielkich króli) z tym jak traktowany jest teraz ten kraj, jeden z
najbiedniejszych w całym rejonie. Przyglądając się historii można co
prawda wymienić wiele słabości, które jeśli nie spowodowały, to
przynajmniej przyczyniły się do tego upadku - brak kultury sukcesji
władzy, kompozycja społeczeństwa, które składa się z 130 odłamów i
osobnych narodów walczących ze sobą zamiast pracować razem. Takie
społeczeństwo potrzebowało silnej ręki, żeby się nie rozpaść, jednak
przykład Tajlandii pokazuje, że nawet przy autorytarnej władzy junty
państwo może kwitnąć przynajmniej ekonomicznie. Wydaje się, że to
świadomy izolacjonizm zatrzymał w nim czas, motywów zaś za nim już nie
jestem w stanie ocenić - być może to właśnie duma z dawnej potęgi i
kultury, a może dziwnie pojęte idee socjalizmu do niego doprowadziły.
Cały wyjazd mi się podobał. Nie był to co prawda do końca mój profil
wyjazdowy, bo brakowało prawdziwego chodzenia po górach, a poza
przewodnikiem byłem najmłodszym uczestnikiem, ale miejsca, które
odwiedziliśmy, kultura, którą poznałem oraz obserwacje i przemyślenia
nimi wywołane były bardzo rozwijające.
|
|